Tytuł został zaczerpnięty z piosenki "Na strażnicy" wykonywanej przez Chór Czejanda - choć mnie samemu lepiej znanej z wczesnego dzieciństwa, kiedy to mój Tata śpiewał mi ją jako jedną z wielu kołysanek... Mniej więcej w tym samym czasie trafiłem też na tereny pograniczne - od może tylko nieco późniejszego dzieciństwa wypoczynek w Szklarskiej Porębie stał się żelaznym punktem każdych wakacji, dając małemu Marcinkowi wiele szczęścia. Do dziś zresztą znam tam prawie każdy zakątek i czuję się tam jak w domu, ale to już inna bajka 😉
Nie ukrywam, że mniej więcej we wczesnej drugiej połowie lat 90 zdarzyło mi się dwukrotnie spędzić te wakacje właśnie na WOPowskiej strażnicy, która wtedy już otwierała się na turystów i zaprzyjaźnić się z niektórymi osobistościami miejscowego oddziału.
Czy można więc się dziwić, że kiedy ujrzałem tę książkę w księgarni - kupiłem ją?
Nie jest to opracowanie historyczne sensu stricto. Jest to bardziej zbiór wspomnień WOPistów pełniących służbę na okolicznych strażnicach od czasów tużpowojennych
po współczesność.
42 bardzo zróżnicowane historie opowiadają i żołnierze-patrolowcy,
i zaopatrzeniowcy, i łącznościowcy,
i oficerowie, i inni.
A każdy ma coś ciekawego do opowiedzenia (i na pewno każdy byłby w stanie sam zapełnić całą książkę). Dla mnie tym ciekawszego, że niektórych opowiadających zna(łe)m osobiście...
Pomijając okresy stalinizmu, interwencji w Czechosłowacji i stanu wojennego, kiedy to służba miała więcej mrocznych stron, opowiadający skupiają się na jasnych stronach służby - ochrona granic, pomoc miejscowej społeczności,
Bieg Piastów.
W sumie trudno się temu dziwić, z młodości pamięta się przede wszystkim te najlepsze chwile, więc pewnie prawdziwy obraz był jednak trochę gorszy.
Mimo to mnie się bardzo podobało - choć względy osobiste odegrały tu dużą rolę. Niemniej mogę tę książkę polecić każdemu, kto interesuje się historią Polski, wojskiem, ewentualnie po prostu kocha Karkonosze tak, jak ja. Innych - może aż tak bardzo nie zaciekawi.