Książkę tę zakupiłem ponad rok temu, w początkach pandemii – na zasadzie „skoro z wyjazdu nici, to chociaż sobie poczytam”. A na lekturę i tak musiała poczekać, do czasu, aż do tej Gruzji faktycznie dotarłem. Przyciągnął mnie i zaintrygował tytuł – a konkretnie element gruziński. Wydawało mi się, że może to być aluzja do muzeum Stalina w Gori, a konkretnie – sprzedawanego tam w adekwatnych butelkach wina...
Autor dzieli się z nami wspomnieniami ze swoich – przede wszystkim handlowych – podróży po Zakaukaziu i postradzieckiej Azji Centralnej. A my wędrujemy wraz z nim – przez Uzbekistan, Kazachstan, Tadżykistan, Azerbejdżan, Armenię... i wreszcie Gruzję, na samym końcu. Nie ma tu jednej ciągłej spójnej narracji, zamiast tego – bardziej migawki pojedynczych wspomnień, czasem króciutkie, czasem bardziej rozbudowane, na kilkanaście stronic.
Specyficzny styl można polubić lub nie, ale raczej mało który czytelnik pozostanie wobec niego obojętnym. Ja skłaniam się ku tej pierwszej opcji – przydaje opowieściom autentyzmu, pozwala też spojrzeć na kraje Orientu z nieco innej, niż czysto turystyczna, perspektywy. A opowieści bywają nietuzinkowe – o tym, jak się przemyca 20 tysięcy dolarów z Kazachstanu do Rosji drogą przez Uzbekistan (albo ćwierć miliona do samego Uzbekistanu)
o tym, co można i trzeba zrobić, kiedy pośrodku głuchego kazachstańskiego stepu w czasie zamieci zabraknie paliwa w samochodzie, a do najbliższej stacji benzynowej jedyne 100 kilometrów, o konsekwencjach polowania w strefie przygranicznej bez meldunku i pozwolenia na pobyt, o tym, co można zrobić, jeśli w delcie Wołgi na wielkim bezprądziu latem ktoś umrze, a krewni nie mają jak dotrzeć na pogrzeb wcześniej, niż w ciągu kilku dni, o kaukaskich poetyckich toastach
o nauce prawdziwej przyjaźni... Wszystko to okraszone otoczką biznesową – korupcją, interesami załatwianymi po kumotersku podczas olbrzymich libacji
działaniami na pograniczu prawa.
A także przypowieściami, legendami i kulinariami. No i sporą porcją zdjęć z autorskiego archiwum, które jeszcze bardziej przybliżają nam te egzotyczne okolice.
Pijany martwym Gruzinem to książka, z którą niewątpliwie warto się zapoznać, odmienna od zwykłych przewodników i głównego nurtu literatury turystyczno-podróżniczej. Dzięki niej poznajemy także i te strony życia mieszkańców egzotycznych krajów, na które w czasie zwykłych podróży nie zwracamy uwagi, a często wręcz nie mamy na to szansy. Godne uwagi są też przemyślenia autora na temat różnic kulturowych między Zachodem a Wschodem – oczywiście, nie zawsze trzeba się z nimi zgadzać, ale na pewno stanowią dobry punkt wyjścia do przemyśleń i zastanowienia się, czy przynajmniej czasami nie warto skorzystać z doświadczeń i nauk mieszkańców Orientu.
Zdecydowanie polecam.
PS. A tytuł jest dosłowny. Do bólu.
PODSUMOWANIE:
Rozmiar: średnia (332 strony)
Szybkość czytania: szybko
Wciąga: bardzo
Dla kogo: przede wszystkim dla każdego zainteresowanego Zakaukaziem i Azją Środkową, ale i innych czytelników nie powinno znudzić.
Warto?: 3x tak!
Zalety: niecodzienna narracja, przybliżenie realiów, z którymi mało kto ma szanse się zetknąć, ciekawe przemyślenia, ładne ilustracje
Wady: dla mnie raczej brak, niektórym może nie przypaść do gustu narracja.
Ocena: 8,5/10