Czytaj z Marcinem 24/52/2022 - "Ofiara", Graham Masterton, tłum. Piotr Kuś

Widząc nazwisko autora można by podejrzewać, że tytuł „Ofiara” zapowiada dość drastyczny horror. Pomyłka. Tym razem ...

3 years ago, comments: 5, votes: 107, reward: $6.54

Widząc nazwisko autora można by podejrzewać, że tytuł „Ofiara” zapowiada dość drastyczny horror. Pomyłka. Tym razem będzie to thriller polityczno-szpiegowski w realiach lat 80. XX wieku. A skoro tak, to będzie to dobra lektura – w sensacji Masterton jest znacznie równiejszy, niż w horrorach...

Zaczyna się z wysokiego C – młody mężczyzna odkrywa, że został odnaleziony i rozpoznany przez trzech złowrogich i nieprzyjaznych mężczyzn. W panice próbuje przed nimi uciec i ukrywa się w kościele. Nieskutecznie. Ginie w wyjątkowo nieprzyjemny i nieestetyczny sposób. Za dużo wiedział i nie chciał się tą wiedzą podzielić.

Przed czytelnikiem zaś wyrasta zadanie stopniowego (ale bezpiecznego!) odkrycia, co takiego wiedział Nicholas Reed? I będzie to wiedza mrożąca krew w żyłach. Dwa supermocarstwa mają swoje skryte plany, które próbuje pokrzyżować tajna organizacja – Minóg. Czekają nas intrygi, spotkania na najwyższych szczeblach, rywalizacja między wywiadami, porwania, morderstwa i złowrogi Krow’ iz nosa. A kto ma zostać złożony na ołtarzu światowego pokoju i czy rzeczywiście się tak stanie – to już doczytacie samemu.

Dziś, po prawie 40 latach od napisania Ofiary, możemy odetchnąć z ulgą – wykreowana przez autora wizja raczej nie ma szans się spełnić. Nie znaczy to jednak, że w książce nie znalazło się kilka dość proroczych kwestii, zwłaszcza ta jedna, dziwnie aktualna w czasie wojny w Ukrainie:

Wiesz, że pewnego dnia musimy was zaatakować, żeby przeżyć. Inaczej nasze imperium załamie się i runie. (...) Dlatego ta walcząca geriatria z Kremla musi kontynuować ekspansję swojego imperium. Ekspansja lub śmierć. Tak właśnie oni myślą (...)

Całościowo "Ofiarę" mogę tylko polecić. Trzyma w napięciu od początku do końca, dość nietypowego i zaskakującego.

A teraz dodatek specjalny – trochę przejeżdżania się po tłumaczu i korekcie (osoby niezainteresowane wynurzeniami translatorskimi uprzejmie proszę o pominięcie). Ja rozumiem, tłumacz angielskiego nie musi być ekspertem od spraw rosyjskich/radzieckich, nawet jeśli akurat trafia mu się tekst z dużą zawartością KGB. Ale fajnie by było jednak nie zmieniać, na przykład, nazw własnych.

O ile Wielką Wojnę Narodową zamiast Ojczyźnianej jakoś zniosę – taki wariant rzeczywiście się czasami pojawia, a zawsze mogła się pojawić Patriotyczna... o tyle Korezm zamiast Chorezmu razi. Podobnie jak pozostawione angielskie Fulda Gap – tu lepiej brzmiałby przesmyk Fuldy, albo luka fuldańska (choć – być może – w latach 80 bardziej rozpowszechniony był wariant niemiecki?) i duński Store Baelt (poprawnie – Storebælt!), czyli Wielki Bełt. Nietypowo też brzmią nazwy obiektów w sercu Moskwy – zamiast Baszty Spasskiej i Soboru Wasyla Błogosławionego, w tekście pojawiły się Wieża Zbawienia i Sobór Świętego Bazylego (w oryginale na pewno Saviour Tower (choć czemu wtedy nie – Zbawiciela?) i St. Basil’s!). Z kolei w dalszej części książki z zapisanej łacinką rosyjskiej nazwy Vyborgskij Zaliv tłumacz uczynił Wyborgski Zalew, a powinien Zatokę Wyborską. Nierozpoznanie nazwiska, które nosił słynny radziecki marszałek i pozostawienie go w angielskiej transkrypcji jako Budennego stanowi wisienkę na tym mało apetycznym torcie.

Razi też pozostawienie typowo angielskiego zapisu nucenia/podśpiewywania – diddle-dum. Pozostawienie tego uszłoby, zapewne, w ustach Anglika, w wykonaniu Duńczyka w Kopenhadze jest po prostu kuriozalne. Kolejnym dziwnym przypadkiem jest pytanie „Kim ty jesteś, kurczakiem?”, gdy jednemu z bohaterów zarzucane jest tchórzostwo. W oryginale było „What, are you chicken?”. Czy koniecznie trzeba było to traktować dosłownie, tym bardziej, że „Co, tchórzysz?” brzmiałoby o wiele naturalniej...

Kolejnym błędem tłumacza jest fraza „Czy nie uważacie, że byłoby w tej sytuacji wskazane opóźnienie operacji Byliny o tydzień?”. Pozornie bezbłędna, pozostaje w rażącej sprzeczności z logiką wydarzeń. I rzeczywiście – w oryginale jest bring the date forward, czyli ‘przyspieszyć termin’.

Idąc dalej – „Ludzie giną z bardziej błahych powodów (...) Trzech ludzi zginęło, tylko dlatego, że morderca zauważył, iż sklep oszukuje na cenach broccoli”. Czyżby w kryzysie polskich lat 80 brokuły były aż taką rzadkością, że tłumacz nie rozpoznał tego słowa, a korekta przepuściła?

No i wreszcie nazwa organizacji – Lamprey. Po kiego grzyba było to zostawiać w wersji angielskiej i dawać jeszcze objaśnienie („To jest takie małe pasożytnicze morskie stworzenie, które przyczepia się do większej ryby i stopniowo zębami zeskrobuje jej ciało”)? Pomijam już to, że te „małe” stworzonka, w zależności od gatunku, mogą rosnąć do 120 cm i prawie 3 kg wagi, a większość gatunków bynajmniej nie mieszka w morzach. Ale ma to polską nazwę – minóg. I warto byłoby jej użyć, nawet kosztem zmiany jednej z gier językowych wykorzystujących jej angielskie brzmienie...

PODSUMOWANIE
Rozmiar: średnia (337 stron)
Szybkość czytania: bardzo szybko
Wciąga: mocno
Dla kogo: dla lubiących political fiction, kryminały szpiegowskie i krwawe thrillery.

Zalety: interesująca i realistyczna w czasach powstania utworu koncepcja, wartka akcja trzymająca w napięciu do samego końca, zróżnicowani bohaterowie, zakończenie!
Wady: trochę za dużo postaci, chwilami może być trudno zapamiętać, kto jest kim, zwłaszcza po stronie amerykańskiej; sporo widocznych błędów tłumaczeniowych i/lub korektorskich – co za tym idzie, ryzyko obecności jeszcze większej liczby niewidocznych na pierwszy rzut oka.

Ocena: 9/10