W dzieciństwie przygody Tytusa były jedną z moich ulubionych lektur - przynajmniej te sprzed 1990 roku (nowszym brak jednak tej lekkości i humoru). Ale tomu IV do tej pory nie znałem, nigdy nie udało mi się go napotkać - aż do teraz, kiedy wyszperałem go na wakacyjnym pchlim targu.
W tym odcinku Tytus zostaje żołnierzem w Ludowym Wojsku Polskim. Zaczyna się niewinnie, ot, nasza trójka przyjaciół bawi się w wojsko, "walcząc" z "oddziałami" Lulasia spod 16. Na tyle poważnie, że odbywają się manewry, akcje szpiegowskie, A'Tomek buduje także rakietowóz.
A potem robi się poważniej - obie walczące strony zaczynają się ubiegać o Młodzieżową Odznakę Sprawności Obronnej,
biorą udział w obozie wojskowym, a nawet w prawdziwych manewrach. Tytus, między innymi, jeździ czołgiem,
lata samolotem, skacze ze spadochronem,
przeprowadza dywersję, stoi na warcie, przenosi meldunki i bierze jeńców.
Księga ta była przygotowana na wyraźne zamówienie "odgórne", najściślej chyba też podlegała kontroli cenzury - co musiało się odbić na jakości.
Humoru jest tu stosunkowo niewiele i, w porównaniu z innymi księgami, raczej średniej jakości (choć fragment z czekoladą zamiast dynamitu nawet mnie rozbawił),
za to dużo dydaktyzmu - zasady obchodzenia się z bronią, postępowania z niewypałem,
żołnierze w czasie manewrów pomagają okolicznej ludności w żniwach.
No i oczywiście tablice informacyjne ze sprzętem bojowym
czy stopniami polskiej armii. Normalnie by to nie raziło, ale tu proporcje z humorem zostały zachwiane. Brakuje także prof. T'Alenta i jego fantastycznych pojazdów.
Być może, gdyby wpadła mi w ręce ćwierć wieku temu, odbierałbym ją inaczej, lepiej. Dziś, niestety, nie mogę jej ocenić tak dobrze, jak bym chciał. Kolekcję uzupełniłem, z tego się ucieszyłem, ale lektura nie dała aż takiej radości, jak się spodziewałem. Szkoda.